1854 – pierwsze wrażenia

Powiem krótko, 18xx już nas nie przerażają, już się nie boimy i jak się umawiamy na granie to wiemy, że zagramy od początku do końca 🙂

Nawet te co mają na okładce 300 minut rozgrywki, drżyjcie kafle i żetony, bo prędzej czy później was rozłożymy i zobaczymy co skrywacie 😉

W sobotę zagraliśmy po raz pierwszy, w sporym gronie (6 osób) w 1854 czyli Austrię. Autorem jest Leonhard “Lonny” Orgler, gra należy do jednej z trudniejszych 18xx. Widać to już po rozmiarze ściągi, którą przygotowałem do rozgrywki. Ściąga do starego, dobrego 1830 ma 2 strony, wczorajsza ma tymczasem stron pięć. Pięć stron ściągi! Taaaak, zapowiadało to bardzo dużo możliwości, bardzo dużo miało się dziać na planszy i generalnie miał być miód i orzeszki. A jak było to po kolei…

1854 wyróżnia kilka szczegółów, które są niespotykane w innych osiemnastkach:

1.

Firmy prywatne, które licytujemy na początku gry, to wymieszane ze sobą: jedno udziałowe firmy lokalne operujące na osobnej planszy, kupujące pociągi, budujące tory… na tej planszy rozgrywa się taka mała mini gra 18xx. Jest ona naprawdę mała, bo plansza i jej możliwości na żadne szaleństwa nie pozwalają. Firmy te przynoszą dochód: połowa do nas, połowa do ich skarbca i nie są notowane na giełdzie. Za to zysk jaki przynoszą jest przez długi czas gry, jest porównywalny z tym, który otrzymujemy ze spółek publicznych. Nie jest źle, ten pomysł działał całkiem nieźle, jedynym jego minusem było to, że całe operowanie tymi firmami sprowadzało się do powtarzalnych, prostych akcji. Jeśli więc ktoś, tak jak ja, zainwestował tylko w takie firmy i działał tylko nimi, to przez tę część gry może nie nudził się, ale głębi żadnej w tym nie odnalazł 😉

Na takiej mapie operuje 6 spółek kolei lokalnych.

Firmy te w pewnym momencie łączą się parami w większe spółki, które zaczynają operować na dużej (podstawowej) mapie, miejsce ich startu teoretycznie jest atrakcyjne, ale, ale, mogą one uruchamiać tylko stare, wycofane pociągi, kursują więc tylko na bardzo małej trasie i tak naprawdę, znowu wieje tu nudą. Dochód z nich jest całkiem niczego sobie, ale praktycznie jedyną rzeczą jakie one robią, to dają kasę, zero móżdżenia, kombinowania, że może coś na giełdzie, że może to albo to, nic z tych rzeczy – podliczamy tylko kasę i lecimy dalej…

Pomiędzy tymi firmami są spółki górskie, które blokują tory i mają kilka specyficznych cech. Te są praktycznie kopią normalnych firm prywatnych, ale nie mogą zmienić w czasie gry właściciela, czyli nie sprzedamy ich żadnej spółce! Bida, bida, odpada fajna cecha, która napędzała inne tytuły

2.

Giełda. Kafle giełdy są sześciokątne! Akcje poruszają się w dodatkowych dwóch kierunkach, gdy spółka kupuje pociąg od innej spółki to jej cena rośnie, a sprzedającego spada. To mi się bardzo spodobało i dzięki temu uratowałem się od bankructwa 😉

Poza tym, giełda ma żółty obszar, w którym akcje nie wliczają się do limitu posiadanych certyfikatów. No a jeśli o limicie mowa, to jest on tak żałośnie mały! w naszym przypadku było to 6 certyfikatów na początku gry! Wiadomo więc, że jedynym rozwiązaniem jest zainwestowanie w nisko notowane spółki, inaczej nasza kasa nie będzie pracować.

Giełda, widać czerwoną linię po której następuje split i żółty obszar.

3.

Akcje dużych spółek. Każda spółka ma udziały po 1*40% i 3*20%, łączenie 100% oczywiście, fajne jest to, że możemy mieć te całe 100% :D, fajny pomysł. Żeby mieć te 100% wystarczy więc posiadanie 4 certyfikatów, widzicie, że limit 6 certyfikatów nie jest taki straszny. Ale do czasu! Jeśli kurs akcji przekroczy na giełdzie magiczną czerwoną linię, to akcje tej firmy wymieniają się w stosunku 2:1, dostajemy za nie rekompensatę z banku, a nowe akcje trafiają do sprzedaży. Jeśli mieliśmy 100% to teraz mamy tylko 50% i uwaga: zaczyna obowiązywać nowy limit procentowego udziału, możemy w takiej spółce mieć zwyczajowe 60% udziałów. Norma. Pomysł ciekawy i dwie, albo i nawet 3 spółki w naszej grze go zrealizowały. Z każdym splitem zwiększa się też bardzo powoli limit certyfikatów jakie możemy posiadać, jest to jednak dalej bardzo zaporowa granica, która niektórych z nas wczoraj bardzo dręczyła 😉

4.

Kontrakty pocztowe. Fajna sprawa. Certyfikat, który każda spółka może kupić raz w całej grze (za niemałe pieniądze). Daje on dochód danej spółce na początku każdej rundy operacyjnej i nie liczy się do podziału przy dywidendzie. Spółka w ten sposób zawsze zarabia jakąś kasę, nawet gdy systematycznie dzieli się zyskami z akcjonariuszami!

5.

Mapa: właśnie wydaje mi się, że to był najsłabszy element naszej wczorajszej gry. Wydawałoby się, że stolica czyli Wiedeń będzie fantastycznym miejscem startowym (jak Nowy Jork w 1830), tak, że wczoraj kilku z nas skusiło się i od razu założyło spółki, które startują właśnie tam. Szybko okazało się, że sam Wiedeń daje przyzwoitą kasę, ale jest caluteńki otoczony przez małe miejscowości, które można rozbudować tylko do żółtych kafli. Dają one minimalny dochód i wydłużają trasę pociągów. Nie tylko okolice Wiednia w tym przodowały, ale cała mapa usiana jest takimi małymi miastami! Mapa była więc bardzo ‘statyczna’ i pod koniec gry niewiele się na niej już działo.

Widoczna prawie cała mapa

6.

Koniec gry jest ustalany standardowo czyli – bankructwem gracza lub gdy skończy się bank lub gdy akcje dojdą na giełdzie do 300G.

A jak wyglądała sama gra?

Hmmm, ja miałem od początku dwie koleje lokalne, które działały na osobnej planszy i długi czas nie robiłem nic ciekawego, Tolis postanowił, że będzie windował cenę swojej spółki do maksimum i też niewiele działał. Bo jego plan w dużej mierze się udał. Część graczy z okolic Wiednia, przez długi czas powtarzała identyczne akcje. Generalnie nie wyglądało to zbyt ambitnie.

Gdy zebrałem odpowiednią kasę z moich spółek lokalnych, to kasa poszła w inwestycje: otworzyłem w jednej rundzie giełdowej dwie nowe spółki, które przyspieszyły tempo gry, inwestując w pociągi, niestety sam przez to otarłem się o krawędź bankructwa. Plan był taki, że zaczną one nisko i zejdą do żółtego obszar i tam już zostaną, tak aby nie liczyły się do limitu certyfikatów. Częściowo się to udało, ale kosztem owego ryzyka bankructwa, przez które straciłem kilka rund, aby zebrać kasę na zakup pociągów.

Podsumowując: wydaje się, że gra ma za dużo elementów dających tylko teoretyczne możliwości, ale tak naprawdę niewiele się w grze dzieje i nie ma zbyt wielu decyzji do podjęcia. Przykładem są  tunele – spółki mogą je budować, ale są tak drogie, że w naszej grze, pierwsze dwa tunele powstały na koniec gry!

Nasz jedyny w tej grze tunel.

Jak się dzisiaj okazało, kilka zasad błędnie zrozumiałem, bo tunele można budować prawie wszędzie. Nie wiem na ile zmieniłoby to rozgrywkę? Ale mamy plan zagrania jeszcze raz w mniejszym gronie.

Należy też zaznaczyć, że gra jest z serii tych tytułów 18xx, w których najważniejsze jest odpowiednie zarządzanie spółkami a nie operacje giełdowe. Giełda tutaj to drugorzędna rzecz i  ułatwia jedynie zakup/sprzedaż udziałów i wycenę spółek. Przyrównałbym ten tytuł do 1846, w którym mamy dużo, dużo dodatkowych opcji. No i graliśmy w 6 osób! Czas oczekiwania na swoją kolej zrobił swoje i może to jeden z tych elementów, który zaniża ocenę tego tytułu po wczorajszej rozgrywce.

Gra skończyła się jednocześnie z obu powodów: dotarcia spółki Tolisa do 300G i rozbicia banku! Gratulacje dla Grześka, gościu przyjeżdża sobie do nas z zagranicy i a każdym razem wygrywa! Masakra, chyba przestaniemy zapraszać obcokrajowców 😉

Końcowa punktacja:

Tolis 5015 / Michał 4896 / Magole (ja) 4323 / Marcin 4279 / Ania 3523 / Maciek 2217

I kilka dodatkowych fotek :

2 thoughts on “1854 – pierwsze wrażenia”

    1. Zeszło nam prawie 5 godzin na same granie, z tłumaczeniem i innymi detalami łącznie było 6 godzin.

Leave a Reply to Marcin (magole) Cancel reply